Moje podróże po literaturze
Kategorie: Wszystkie | Książki | Stosiki | Varia | Wyzwania
RSS

Książki

sobota, 25 lutego 2012

 

„Z przeprowadzonych przez nas w ubiegłym roku badań rynku prasy wynika, że przedstawiciele młodej inteligencji, określający się jako wierzący i praktykujący, nie chcą kupować pismo z przymiotnikiem „katolicki”. Dlaczego? Właśnie ze względu na ten przymiotnik. „Katolickie” oznacza dla nich manipulujące faktami, zamieszczające artykuły tendencyjne i podejmujące wyłącznie tematy wewnątrzkościelne.” (s. 20)

Kiedy przeczytałam to zdanie, pomyślałam sobie, że rzeczywiście tak jest, że określenie „katolicki” nabiera obecnie negatywnego zabarwienia, a przecież tak nie musi, a nawet nie powinno być. I o tym właśnie traktuje książka „Lepiej palić fajkę niż czarownice” księdza Adama Bonieckego. Już sam tytuł jest bardzo wymowny: po co toczyć zażarte boje, po co siłą zmuszać innych do uznania naszych racji; czy nie lepiej zasiąść w fotelu i spokojnie zastanowić się nad światem  i tym, co tak naprawdę liczy się w życiu?

Księdza Adama Bonieckiego chyba nie trzeba przedstawiać . Były redaktor naczelny (obecnie redaktor-senior) „Tygodnika Powszechnego” jest postacią znaną, a nawet chyba kontrowersyjną, o czym najdobitniej świadczy zakaz wypowiadania się w mediach nałożony na niego w ubiegłym roku. Z jego poglądami na wiarę i Kościół można się zgadzać lub też nie, ale na pewno warto zwrócić na nie uwagę, ponieważ w odróżnieniu od wielu innych, ksiądz Boniecki przedstawia swoje racje bez zacietrzewienia, za to z pewną dozą otwartości.

Na książkę składają się felietony księdza Bonieckiego, tak zwane „wstępniaki”, które pojawiały się w „Tygodniku Powszechnym” w latach 2008-2011. Choć niektóre z nich dotyczą spraw aktualnych w danym momencie, wszystkie można odczytywać również w wymiarze uniwersalnym.  Każdy krótki tekst dotyczy innej kwestii, dlatego mimo niewielkiej objętości nie da się przeczytać tej książki na jeden raz. Właściwie po każdym felietonie przychodzą jakieś refleksje, niektóre tematy chciałoby się bardziej zgłębić. Po przewróceniu ostatniej strony, odczułam niedosyt wynikający właśnie z lapidarności zawartych tekstów. Rozumiem, że taka jest formuła felietonów wstępnych, którym zadaniem jest wprowadzenie do jakiegoś tematu. Z chęcią jednak przeczytałabym szersze rozważania na niektóre tematy.

Jak to zwykle bywa z książkami dotyczącymi światopoglądu – nie każdemu ta pozycja przypadnie do gustu. Na pewno bez obaw mogą po nią sięgnąć czytelnicy „Tygodnika Powszechnego” oraz katolicy, którym nie pasuje obraz Kościoła wyłaniający się z polityki Radia Maryja, mogą po nią sięgnąć również niewierzący, by przekonać się, że Kościół Katolickie ma też bardziej ludzkie oblicze.

"Lepiej palić fajkę niż czarownice" ks. Adam Boniecki

Wydawnictwo: Znak

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 176 

ISBN: 978-83-240-1914-4

19:44, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 lutego 2012

 

Reportaż Barbary Demick niejednokrotnie sprawiał, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, przerażenia czy niedowierzania. Niby wszyscy wiemy, że w Korei jest źle, ale dopiero prawdziwe historie ludzi, którzy przez to przeszli ukazują straszną rzeczywistość. Prawdziwa wiedza o tym, co dzieje się w Korei Północnej jest praktycznie niedostępna. Zagraniczni goście mogą zwiedzać ten kraj wyłącznie z eskortą i tylko w wybranych miejscach. Przy tym miasta takie są uprzednio oczyszczone z elementu niepożądanego, takiego jak na przykład zbyt wychudzeni ludzie. Oficjalne informacje, jak można przypuszczać, na niewiele się zdają. Dopiero rozmowa z tymi, którzy uciekli z Korei Północnej, daje jakieś wyobrażenie, co tak naprawdę dzieje się w tym kraju.

Bohaterowie reportażu są bardzo różni, to na przykład zagorzała, głęboko wierząca w system komunistka pani Song, młody, dobrze wykształcony i pełen wątpliwości Jun-Sang, czy praworządna obywatelka doktor Kim. Wszystkich poznajemy w zwyczajnych sytuacjach, w pracy, wśród najbliższych, w kinie ze znajomymi, na randkach. Dowiadujemy się, jaka jest historia ich rodzin (co ma w Korei Północnej bardzo duże znaczenie), jak silna jest ich wiara w system, czego oczekują od życia. Widzimy, jak radzą sobie w dramatycznych sytuacjach, jakich wyborów są zmuszeni dokonać, by przeżyć, jak kiełkuje w nich wywrotowa myśl, że być może gdzie indziej będzie lepiej; i wreszcie – jak radzą sobie w nowej rzeczywistości. Ten ostatni element okazał dla mnie sporym zaskoczeniem. Myślałam, trochę naiwnie, że jeśli już komuś uda się uciec, to czeka go niemalże hollywoodzki happy-end. A jednak okazuje się, że aklimatyzacja w zupełnie nowym otoczeniu rzadko przebiega gładko. Nowa ojczyzna (Korea Południowa uważa wszystkich Koreańczyków za swoich obywateli) okazuje się być krajem z zupełnie innej planety – to, czego doświadczają uciekinierzy z Północy to właściwie podróż w czasie. Korea Północna zatrzymała się bowiem na etapie rozwoju lat mniej więcej sześćdziesiątych. Cała technologia, którą się na co dzień posługujemy, czy natrętne techniki marketingowe stanowią dla uciekinierów potencjalne pułapki. Do tego wykształcenie zdobyte na najlepszych północnokoreańskich uczelniach okazuje się nieaktualne i zupełnie nic nie warte. Władze Korei Południowej, które stale szykują się do zjednoczenia obu części, są przygotowane na te problemy i każdego uciekiniera umieszczają na pewien czas w ośrodku adaptacyjnym, w którym przygotowuje się ludzi do życia w kapitalistycznym państwie. Jednak to za mało – potrzeba wielu lat, by „wdrożyć się” w nowe życie. Ale też nie wszystkim to się udaje.

Kiedy niedawno zmarł Kim Dzong Il, wszyscy widzieliśmy w telewizji płaczących obywateli pogrążonych w nieutulonym żalu. Pewnie każdy z nas zastanawiał się, ile w tej żałobie jest szczerości, a ile strachu. Z punktu widzenia przyzwyczajonego do standardów demokracji mieszkańca Zachodu, myślimy: „Dlaczego oni się nie zbuntują?”, „Czy oni nie widzą, jak jest naprawdę?”, „Czy nie zdają sobie sprawy z tego, że są okłamywani?”.  Jednak historie przedstawione w reportażu pokazują, do jakiego stopnia posunięta jest w Korei Północnej indoktrynacja: „Oto przykłady zadań rachunkowych z podręcznika dla pierwszoklasistów: (…) Trzej żołnierze Koreańskiej Armii Ludowej zabili trzydziestu żołnierzy amerykańskich. Jeśli każdy z nich zabił tylu samo żołnierzy, ilu Amerykanów zabił jeden koreański żołnierz?” (s. 143) Przez całe życie, na każdym kroku w podświadomość obywateli są wbijane zasady rządzące reżimem – tego nie da się tak łatwo wyzbyć. Nawet umierający z głodu ludzie nadal pragnęli wierzyć w to, że ich kraj jest najlepszym państwem na świecie, a ich ukochany przywódca – dobrym ojcem.

Książka pomimo przygnębiającego tematu jest lekturą bardzo wciągającą. Długo zastanawiałam się, dlaczego. I doszłam do wniosku, że chyba dlatego, że pokazuje zwyczajnych ludzi, takich jak każdy z nas, z ich zwyczajnymi problemami życia codziennego, tylko że uwikłanych w okrutną historię. W tych surowych, pod czujnym okiem reżimu próbują wieść zwyczajne życie – realizować swoje ambicje, kochać, zakładać rodzinę, wywiązywać się ze swoich obowiązków. Ze smutkiem patrzymy, do czego posuwają się, by ratować życie swoje lub swoich bliskich. Ale czy możemy ich oceniać? Czy my, żyjący w dostatnim świecie, możemy oceniać wybory osób, których najbliżsi umierają z głody? „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” pisała Wisława Szymborska. Czytając, możemy się jedynie zastanowić, co byśmy zrobili w podobnej sytuacji.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, nawet jeśli niechętnie sięgacie po reportaże. To na pewno okaże się dobrym początkiem przygody z tym gatunkiem.

 

 „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbara Demick

Przekład: Agnieszka Nowakowska

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2011

Liczba stron: 368

ISBN: 978-83-7536-313-5

 

PS W konkursie World Press Photo 2012 została nagrodzona przejmująca fotografia bośniackiego fotografia Damira Sagolja przedstawiająca budynki w stolicy Korei Północnej. Zdjęcie można zobaczyć pod tym linkiem.

 

22:34, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (3) »
wtorek, 22 listopada 2011

 

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobrych książek. Chciałoby się napisać krótko i jasno: „Przeczytajcie, bo naprawdę warto”. Tylko czy to wystarczy, żeby kogoś rzeczywiście zachęcić? Każdy jednak wolałby wiedzieć, dlaczego warto, co takiego jest w tej książce, czego może nie ma w innych. Trudno coś napisać, żeby nie popaść w banały.

Właściwie przed podobnym zadaniem musiała stanąć autorka, Joanna Olczak-Ronikier – jak napisać o Korczaku, żeby nie popaść w banał. Przecież wszyscy wiemy, że wybitny pedagog, że społecznik, że pisarz, że bohater, co tu dodawać? Ano, człowieka. Autorce udało się zachować doskonałą równowagę i nie przechylić się ani w kierunku szkolnych laurek ani w kierunku powszechnego dzisiaj wśród biografów wchodzenia z butami w prywatne życie. Joanna Olczak-Ronikier odsłania pewne tajemnice, czy mniej znane fakty, z życia Henryka Goldszmita, jednak nie zagłębia się w nie, nie drąży, nie docieka.

„Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna” („Korczak. Próba biografii”, Joanna Olczak-Ronikier, WAB 2011, s.13) Nie ma sensu opisywać tu jej w skrócie – dość powiedzieć, że życiorys doktora, choć oczywiście jest głównym wątkiem książki, stanowi równocześnie pretekst do pokazania też innych tematów: losów ludności żydowskiej w Polsce, życia w Warszawie w pierwszej połowie XX wieku, a także historii stworzonego przez Korczaka Domu Sierot – a więc także jego wychowanków i współpracowników. Mając w pamięci ostatnie kadry z filmu Wajdy, zdajemy się zapominać o tym, że w Domu Sierot było więcej pracowników i że również za nimi zamknęły się drzwi wagonów jadących do Treblinki: „Heniek – czyli Henryk Azrylewicz, brat Róży, pracownik kancelarii.

Stary Henryk Asterblum – wieloletni księgowy.

Na końcu Stefania Wilczyńska. Podobno to ona dopilnowała, by wzięto kanapki i wodę na drogę.” (tamże, s.433)

 

Podobnie jak w przypadku „W ogrodzie pamięci”, Joanna Olczak-Ronikier zachwyca piękną polszczyzną i umiejętnością snucia opowieści. Wspaniale potrafi połączyć pojedyncze fragmenty rzeczywistości układając je w żywy, malowniczy obraz:

„Miasto było pełne atrakcji. Ulicami maszerowało rosyjski wojsko, grały wojskowe orkiestry, galopowała konnica. Straż ogniowa – chluba Warszawy – gnała do pożaru, a za nią biegli chłopcy z całego miasta. Rumaki z rozwianymi grzywami ciągnęły za sobą wozy strażackie, na których stali strażacy w lśniących, mosiężnych kaskach i podskakiwały beczki napełnione wodą.

Długowłosy pop zmierzał do pobliskiej cerkwi, dostojny rabin w lisiurze di synagogi, zakonnice w śnieżnobiałych kornetach przemykały cichutko do swego klasztoru. Straszyli żebracy w łachmanach, wyciągający pod każdym kościołem rękę po datek. Zachwycały wystawami eleganckie sklepy. U Anczewskiego marcepanowe owoce, jarzyny, szynki, kiełbasy wyglądały jak prawdziwe. U Fruzińskiego można było dostać najlepsze cukierki i czekoladki. W księgarni Hoesicka na rogu Senatorskiej i Miodowej kusiły kolorowymi ilustracjami najnowsze książki dla dzieci” (tamże, s. 53-54)

Przyznaję, że również dla mnie Korczak stanowił wcześniej jedynie pomnik, nawet nie czytałam „Króla Maciusia Pierwszego”. Dzięki tej lekturze nie tylko dowiedziałam się, że Korczak miał wielkie ambicje literackie, że był cenionym lekarzem jeżdżącym na zagraniczne sympozja, że należał do loży masońskiej, ale również poznałam jego niezwykle wartościowe, nowatorskie jak na tamte czasy, teorie dotyczące wychowania dzieci. Szkoda, że dzisiaj półki w księgarniach uginają się od pseudoporadników pisanych przez celebrytki, które urodziwszy jedno dziecko dzielą się ze światem swoją wiedzą na temat wychowywania, a nie można na nich znaleźć pozycji „Jak kochać dziecko”.

Na koniec jednak powiem krótko, to co chciałam powiedzieć od początku: Przeczytajcie, bo naprawdę warto! 

19:00, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 listopada 2011

 

Dopiero co pisałam o skandynawskich kryminałach i o tym, że za kryminałami nie przepadam, a tu voila, sięgnęłam po najpopularniejszego chyba ostatnio skandynawskiego pisarza powieści kryminalnych Henninga Mankella. I, chyba będę odosobniona w swojej opinii, zawiodłam się na tej lekturze.

Sięgnęłam po Mankella po wielokrotnych namowach, a ostatecznie, po recenzji w kwartalniku „Książki”. Fragment recenzji z „The Times”, który znajduje się na okładce („Wciągający, sugestywny thriller, który rozgrywa się w przerażająco mrocznej atmosferze zła”) również zaostrzył mój apetyt na tę książkę. A tymczasem przez połowę książki poważnie rozważałam jej odłożenie, nie znalazłam w niej ani mrocznej atmosfery, ani wciągającego thrillera.

Na odludziu na północy Szwecji zostaje brutalnie zamordowany były inspektor policji Herbert Molin. Morderstwo jest wyjątkowo okrutne, a przy tym ewidentnie drobiazgowo zaplanowane – od użycia gazu łzawiącego, po krwawe ślady na podłodze układające się w kroki tanga. Miejscowej policji w śledztwie prywatnie pomaga Stefan Lindman – dawny współpracownik Molina. Trop prowadzi do czasów drugiej wojny światowej i wstydliwych faszystowskich sympatii niektórych Szwedów. Więcej z fabuły nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć nikomu przyjemności ze stopniowego odkrywania nowych faktów i powiązań.

Po raz kolejny moje zarzuty co do danej pozycji opierają się na niespełnionych oczekiwaniach. Chciałam, żeby mnie porwało, żebym nie mogła się oderwać, żebym zaniedbała inne obowiązki, byle tylko się dowiedzieć „kto zabił i dlaczego”, a tu nic. Śledztwo posuwa się do przodu powoli, policjanci sami wydają się znużeni tym, co robią. Podobnież czytelnik - „Powrót nauczyciela tańca” liczy sobie blisko 550 stron i moim zdaniem jest przegadany i spokojnie dałoby się to samo opowiedzieć na mniejszej liczbie stron (może nawet z korzyścią dla suspensu i rozwoju akcji). Do tego niektóre punkty fabuły wydały mi się trochę naciągane – czy da się w pomieszczeniu, w którym zabiło się człowieka (czyli jest tam dużo krwi) zostawić na tyle wyraźne ślady kroków, by dało się odczytać wzór tanga? Również motyw tego zabójstwa jak i całe zachowanie sprawcy wydawały mi się dziwne (SPOILER: no, żeby jechać z Ameryki Południowej do jakiejś chatki w lesie na północy Szwecji, żeby pomścić morderstwo dokonane kilkadziesiąt lat temu…).

Nie czytałam innych książek Mankella, w ogóle ze skandynawskich „hitów” czytałam tylko „Millenium” i Theorina, a mimo to już mam poczucie, że „to już było”: wyjątkowo brutalne morderstwo, odludzie, motywy faszystowskie. Już od dzieciństwa nudzi mnie, gdy autor buduje swoje książki na podobnym schemacie (tak po trzech książkach o małych dzieciach, które z Indii [lub z Ameryki] trafiają do zimnej, deszczowej Anglii pod opiekę nieczułych i niesympatycznych osób, skończyła się moja przygoda z książkami F.H. Burnett). Dlatego też myślę, że już mi starczy kryminałów skandynawskich.

21:00, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 listopada 2011

 

Ostatnio na półkach księgarskich daje się wyraźnie zauważyć trend powiedzmy „geograficzny” – że jak rozpoczynanie nowego życia, to koniecznie w Prowansji lub Toskanii (w wersji rodzimej na Mazurach albo w Sudetach), a jak kryminał to nigdzie indziej jak w Skandynawii. Po spektakularnym sukcesie trylogii „Millenium” Stiega Larssona półki uginają się od kolejnych kryminałów Mankella, Läckberg, Nesbo. Zgadzam się, że surowa północ to doskonały entourage dla mrocznych historii. Ja jednak zdecydowałam się sięgnąć po innego autora i książkę, której próżno szukać na półkach (nakład wyczerpany – wielka szkoda). Jest to „Zmierzch” - debiut szwedzkiego dziennikarza Johana Theorina, pierwsza książka z zamierzonego czterotomowego cyklu olandzkiego (druga „Nocna zamieć” jest opisana tu).

Akcja książki toczy się na szwedzkiej wyspie Olandii leżącej na Bałtyku. Olandia to nieprzyjazne, surowe miejsce, pokryte w dużej części alvaretem – wielką połacią traw i krzewów, na której łatwo zgubić drogę, a trudno znaleźć pomoc. Na alvaret właśnie pewnego mglistego jesiennego dnia wybrał się pięcioletni Jens i nigdy nie wrócił. Powszechnie uznano, że we mgle poślizgnął się nad brzegiem morza i utopił się w zatoce. Matka chłopca nie chce jednak pogodzić się z tą wersją, ani w ogóle przyjąć do wiadomości, że jej syn nie żyje. Po kilkunastu latach od tego tajemniczego zniknięcia mieszka sama w dużym mieście, borykając się z depresją. Któregoś dnia odbiera telefon od ojca, który twierdzi, że znalazł jakiś trop w sprawie zaginięcia Jensa. Prywatne śledztwo Julii i Gerlofa pomaga Julii zakończyć nieprzebytą żałobę i prowadzi do odkrycia niejednej tajemnicy sprzed lat.

Szczerze mówiąc, „Zmierzch” mniej mi przypadł do gustu niż druga część olandzkiego cyklu „Nocna zamieć”. Sądzę, że jest to wynikiem różnicy w gatunku – „Zmierzch” to typowy kryminał: jest tajemnicze zaginięcia, są ślady, mozolnie składane w sensowny obraz, jest podejrzany, a na końcu i tak wszystko okazuje się inaczej, niż się spodziewaliśmy. I jako kryminał  jest to pozycja bardzo dobra. „Nocna zamieć” z kolei można by zaliczyć prędzej do thrillerów – dom o tragicznej historii, wyczuwalna obecność duchów sprzed lat, słowem, ciarki przechodzą od czytania. Sądząc po tym, że obie powieści mają stanowić wspólny cykl, zaczynając „Zmierzch” spodziewałam się bardzo zbliżonej lektury, stąd pewne rozczarowanie.

Jestem jednak przekonana, że dla miłośników kryminałów będzie to świetna i wciągająca lektura. 

18:08, kot_kreskowy84 , Książki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011

 

Na wstępie dziękuję Padmie, u której na blogu dowiedziałam się o tej wspaniałej książce. Pochłonęłam ją w jeden dzień mimo, że powieść liczy sobie 600 stron, a ja mam pracę i malutkie dziecko pod opieką. Takich książek mi potrzeba!

Książka opowiada historię innej książki. Rzecz dzieje się na amerykańskim południu w latach sześćdziesiątych. Chociaż czasami trudno uwierzyć w ten przedział czasowy. W trakcie lektury niejednokrotnie miałam wrażenie, że czytam co najmniej o XIX wieku, a nie o czasach oddalonych o zaledwie 50 lat od chwili, kiedy prezydentem USA został czarnoskóry Barrack Obama.

W Jackson w stanie Missisipi życie toczy się swoim utrwalonym rytmem. Młode kobiety wychodzą dobrze za mąż, urządzają modnie i stylowo swoje nowe domy, rodzą dzieci, w ciągu dnia zajmują się akcjami dobroczynnymi i spotkaniami towarzyskimi, a całą „brudną robotę” robi za nie czarnoskóra służba. Wśród tych poukładanych młodych kobiet znajduje się jedna „czarna owca” Skeeter Phelan, która nie dość, że nie ma męża (i nie wydaje się go szukać), to jeszcze ma ambicje żeby zostać pisarką. Kiedy Skeeter dostaje z Nowego Jorku propozycję napisania czegoś interesującego na niebanalny temat, podejmuje próbę opisania relacji w typowych amerykańskich rodzinach z punktu widzenia służby. Choć niełatwo jest namówić do współpracy czarnoskóre kobiety, kiedy w końcu to się udaje, powstaje wyjątkowa książka złożona z wielu niezwykłych historii.

Wokół tej fabuły autorce udało się umieścić całe mnóstwo pobocznych tematów: przede wszystkim kwestię segregacji rasowej (osobne toalety dla czarnoskórych, zakaz rozmawiania w sprawach prywatnych z osobami innej rasy, zakaz małżeństw z osobami innej rasy – za złamanie tych zakazów groziły sankcje karne, a także samosąd ze strony białych mieszkańców), hipokryzję ówczesnego amerykańskiego społeczeństwa (na balu dobroczynnym zbierają pieniądze na pomoc dzieciom z Afryki, a swojej czarnoskórej służącej odmawiają pożyczki na opłacenie edukacji dzieci), tradycyjny model rodziny, w którym brakuje zwyczajnej miłości rodzicielskiej (wszystkie dzieci były wychowywane przez czarnoskóre nianie, a potem, dorastając, uczyły się od rodziców, że ukochana niania jest gorszym człowiekiem). Poza tym to również książka o odwadze w przekraczaniu barier i ograniczeń, jakie nam towarzyszą przez całe życie. Bo to właśnie był powód, dla którego czarnoskóre kobiety zdecydowały się pomóc białej panience – nie z dobrego serca, nie dla pieniędzy, nie dla sławy, lecz dla przełamania się, dla pokazania, jak to naprawdę wygląda; bo milczenie na pewno niczego nie zmieni:

„Ale liczy się jedno: lubię opowiadać te swoje historie, mam poczucie, że nie siedzę z założonymi rękami.(…) Wiem, że jest mnóstwo innych „kolorowych” spraw, co bym je mogła robić (…): masówki w mieście, marsze w birmingham, wiece wyborcze na północy stanu. Ale tak naprawdę, to nie za bardzo obchodzi mnie głosowanie, nie obchodzi mnie jedzenie przy ladzie z białymi. Obchodzi mnie, czy za dziesięć lat jaka biała dama nie nazwie moich córeczek brudasami i nie oskarży ich o kradzież sreber.” [„Służące”, Kathryn Stockett, Media Rodzina 2011, s.281]

Pomimo podejmowania poważnych tematów, jest to książka bardzo ciepła, czasem smutna, czasem zabawna, pełna nadziei. Jedna rzecz chwilami mnie irytowała podczas czytania, mianowicie przekład. Domyślam się, że kwestie Abileen i Minnie w oryginale były również dalekie od poprawnej angielszczyzny, ale chwilami miałam wrażenie, że pani tłumacz czepiła się kilku zwrotów („coby”, „bynajmniej” celowo używane w niewłaściwym znaczeniu), które w dużym nagromadzeniu brzmiały trochę sztucznie. Chcę jednak podkreślić, że to tylko jedno drobne zastrzeżenie, poza tym książkę czyta się doskonale, co przecież jest w ogromnej mierze również zasługą tłumacza.

„Służące” (oryg. „The Help”) to debiut autorki Kathryn Stockett. Z niecierpliwością będę wyglądać jej kolejnych powieści, bo naprawdę zyskała u mnie ogromny kredyt zaufania.

 

21:13, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (3) »
środa, 19 października 2011

Nie lubię marketingu książek. W pogoni za jak najwyższymi wynikami sprzedaży sprowadza on złożone tematy do jednego chwytliwego hasła, które zupełnie zaciemnia obraz całej książki. Na przykład, kiedy sięgałam po „Czarne mleko” słyszałam, że jest to książka o depresji poporodowej. Powiem szczerze,  że gdyby nie pozytywne wrażenia z wcześniejszej lektury Elif Şafak, nie sięgnęłabym po książkę tak reklamowaną. I bardzo możliwe, że wiele osób właśnie z tego powodu po nią nie sięgnie. A byłaby to ogromna szkoda, ponieważ jest to książka znacznie bardziej złożona. Jak pisze sama autorka: „Ta książka została napisana nie tylko dla matek, które przeżyły albo przeżyją podobną depresję, ale dla wszystkich – dla mężczyzn i kobiet, dla osób samotnych i małżeństw, dla rodziców i dzieci, dla pisarzy i czytelników – którzy czasami nie radzą sobie w życiu z mnogością ról do odegrania i obowiązków do spełnienia” [E. Şafak, „Czarne mleko”, Wydawnictwo Literackie, 2011 s. 13].

Jest to książka złożona z wielu elementów – z jednej strony mamy wątki autobiograficzne autorki: zagorzała przeciwniczka uwiązania małżeństwem i macierzyństwem zakochuje się i zaczyna myśleć o ślubie i o dzieciach.  Drugi element to poetycki opis wewnętrznych przeżyć bohaterki: odkrywa ona, że w jej wnętrzu mieszkają sobie Calineczki – miniaturowe kobietki, z których każda reprezentuje jakąś część jej duszy i poglądów. I tak mamy Panienkę Praktyczną, „która kieruje się zdrowym rozsądkiem i jest niezwykle pragmatyczna” [tamże, s. 72], Panią Derwisz – uduchowioną pacyfistkę, Pannę Ambicję Czechowską „nieustępliwą pracoholiczkę” i Pannę Intelektualistkę Cyniczną – hipiskę i anarchistkę. To jest grono, które od początku towarzyszy Elif. Z czasem jednak, w miarę jak bohaterka odkrywa siebie jako kobietę i potencjalnie matkę, wewnętrzny harem się powiększy o Mamcię Pudding Ryżowy – ciepłą gospodynię domową i matkę, oraz Blue Belle Bovary – kuszącą kokietkę. Ale wszystkie Calineczki zostaną uwięzione, kiedy Elif trafi pod panowanie dżina depresji poporodowej Potona. Wewnętrzny Chór Niewspółbrzmiących Głosów to chyba był mój ulubiony motyw w całej książce. Jeśli się nad tym zastanowić, każdy z nas przecież ma w sobie wiele cech, które nieraz wydaje się, że powinny się wykluczać. Podobnie jak autorka, jednej strony dążymy do rozwoju intelektualnego i kariery zawodowej, z drugiej strony mamy jeszcze głowę pełną ideałów młodości, a z trzeciej budzi się w nas jakieś ciepło, które każe tworzyć rodzinę. Bardzo rzadko trafiają się osoby, które bez żadnych wątpliwości i wahań wybierają jednoznacznie tylko jedną z tych dróg. Zazwyczaj jednak te wszystkie pragnienia ścierają się w nas i w różnych momentach życia inne z nich dochodzą do głosu.

Trzecim elementem składającym się na tę książkę są historie słynnych literatek. Elif poszukując drogi dla siebie jako pisarki, wspiera się doświadczeniami innych znanych kobiet. Wśród nich są zarówno takie, które zdecydowanie sprzeciwiały się łączeniu pracy twórczej z życiem rodzinnym, a z macierzyństwem w szczególności, jak i takie, którym to połączenie wychodziło. Przedstawiane historie poruszają zresztą temat szerszy niż relacja „twórczość – macierzyństwo”. Dotykają ogólnie roli kobiety w sztuce i w życiu. Niektóre historie pochodzą sprzed kilkuset lat, kiedy pozycja kobiety w społeczeństwie była jednoznaczna: „Szalona dziewczyno, naprawdę nie rozumiesz? – pyta niania. – Czy ktokolwiek słyszał o kobiecie piszącej wiersze? Bóg nie bez powodu tak urządził świat, i lepiej byśmy to uszanowali (…)” [tamże, s. 59]. Twórczość kobiet, jeśli już ją dopuszczono, i tak była (a może nadal jest?) traktowana jako lekka rozrywka, nieszkodliwe hobby, nie zaś jako prawdziwa sztuka. Dlatego też wiele kobiet decydowało się na publikowanie pod męskimi pseudonimami.

Tyle historii a żadnej konkretnej odpowiedzi – czy można zachować wenę tonąc w pieluchach, czy dziecko to definitywny koniec kariery literackiej?

„Mimo wszystko, jak pokazują krótkie fragmenty życia pisarek – ze Wschodu i Zachodu, z przeszłości i teraźniejszości – każda historia jest inna. Nie istnieje jedna recepta na macierzyństwo i pisarstwo, która odpowiadałaby nam wszystkim. W rzeczywistości przez świat literatury wiedzie wiele dróg, a wszystkie prowadzą do tego samego celu i są równie wartościowe. Tak jak każdy pisarz rozwija własny niepowtarzalny styl, czerpiąc inspirację z prac innych autorów, tak my, kobiety, jako istoty ludzkie, szukamy indywidualnych odpowiedzi na uniwersalne pytania i potrzeby, a otuchy dodaje nam odwaga pozostałych” [tamże, s. 345].

Gorąco polecam tę lekturę każdej kobiecie, a właściwie każdemu, kto szuka drogowskazu albo przepisu na swoje życie.

12:42, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
A teraz czytam
Blogi o książkach
Czytelnicze wyzwania
Księgarnie i biblioteki online
O książkach
Polecam także
Przeczytane w 2012 roku
W 2009 roku przeczytałam
W 2010 roku przeczytałam
W 2011 roku przeczytałam
Dodatki na bloga