Moje podróże po literaturze
Kategorie: Wszystkie | Książki | Stosiki | Varia | Wyzwania
RSS
wtorek, 06 marca 2012

W ostatni weekend miałam okazję wziąć udział w akcji „PrzyTARGaj książki” organizowanej przez portal Czytelnisko. Akcja polega na wymienianiu się książkami i zasada jest prosta – ile książek przyniesiesz, tyle możesz wynieść. Oczywiście zdarza się, że ludzie przynoszą harlequiny i stare podręczniki, ale bywają też perełki. Niestety te perełki to tylko widziałam u innych, sama żadnej nie złowiłam, ale i tak wyszłam z 8 książkami:

 

1. „Nocny lot” Antoine de Saint-Exupéry – opowiadanie o bohaterstwie i dążeniu do perfekcji.

2. „Rubaszny król Hal” George Bidwell – zbeletryzowana biografia króla Anglii, Henryka VIII.

3. „Wiktoria, żona Alberta” Geogre Bidwell – jak wyżej, tyle że dotyczy królowej Wiktorii.

4. „W stronę Swanna” Marcel Proust – pierwszy tom „W poszukiwaniu straconego czasu”, jedyna książka w tym stosiku, którą już czytałam.

5. – 7. „Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell – już chyba klasyka, do nadrobienia.

8. „Baśnie braci Grimm” – tom drugi tylko (pierwszego nie znalazłam), z myślą o synku J

 

Ogólnie bardzo mi się ta akcja podobała, nie podobało mi się czasem zachowanie uczestników. Zakładam, że na takie wydarzenia przychodzą MIŁOŚNICY książek, dlatego dziwiło mnie, że przerzucali te książki jak, pardon, majtki w koszu w supermarkecie.

I muszę przyznać, że przy stoliku „Kryminały/Fantasy” walka o książki była bardzo zagorzała, wręcz brutalna i szybko zrezygnowałam stamtąd na rzecz „Literatury pięknej”.

W każdym razie, akcja godna polecenia – za książki, które i tak stały i się kurzyły mam osiem, które chcę przeczytać. A jak też się znudzą? To pójdę na kolejną edycję „Przytargaj książki”. 

10:54, kot_kreskowy84 , Varia
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 lutego 2012

 

„Z przeprowadzonych przez nas w ubiegłym roku badań rynku prasy wynika, że przedstawiciele młodej inteligencji, określający się jako wierzący i praktykujący, nie chcą kupować pismo z przymiotnikiem „katolicki”. Dlaczego? Właśnie ze względu na ten przymiotnik. „Katolickie” oznacza dla nich manipulujące faktami, zamieszczające artykuły tendencyjne i podejmujące wyłącznie tematy wewnątrzkościelne.” (s. 20)

Kiedy przeczytałam to zdanie, pomyślałam sobie, że rzeczywiście tak jest, że określenie „katolicki” nabiera obecnie negatywnego zabarwienia, a przecież tak nie musi, a nawet nie powinno być. I o tym właśnie traktuje książka „Lepiej palić fajkę niż czarownice” księdza Adama Bonieckego. Już sam tytuł jest bardzo wymowny: po co toczyć zażarte boje, po co siłą zmuszać innych do uznania naszych racji; czy nie lepiej zasiąść w fotelu i spokojnie zastanowić się nad światem  i tym, co tak naprawdę liczy się w życiu?

Księdza Adama Bonieckiego chyba nie trzeba przedstawiać . Były redaktor naczelny (obecnie redaktor-senior) „Tygodnika Powszechnego” jest postacią znaną, a nawet chyba kontrowersyjną, o czym najdobitniej świadczy zakaz wypowiadania się w mediach nałożony na niego w ubiegłym roku. Z jego poglądami na wiarę i Kościół można się zgadzać lub też nie, ale na pewno warto zwrócić na nie uwagę, ponieważ w odróżnieniu od wielu innych, ksiądz Boniecki przedstawia swoje racje bez zacietrzewienia, za to z pewną dozą otwartości.

Na książkę składają się felietony księdza Bonieckiego, tak zwane „wstępniaki”, które pojawiały się w „Tygodniku Powszechnym” w latach 2008-2011. Choć niektóre z nich dotyczą spraw aktualnych w danym momencie, wszystkie można odczytywać również w wymiarze uniwersalnym.  Każdy krótki tekst dotyczy innej kwestii, dlatego mimo niewielkiej objętości nie da się przeczytać tej książki na jeden raz. Właściwie po każdym felietonie przychodzą jakieś refleksje, niektóre tematy chciałoby się bardziej zgłębić. Po przewróceniu ostatniej strony, odczułam niedosyt wynikający właśnie z lapidarności zawartych tekstów. Rozumiem, że taka jest formuła felietonów wstępnych, którym zadaniem jest wprowadzenie do jakiegoś tematu. Z chęcią jednak przeczytałabym szersze rozważania na niektóre tematy.

Jak to zwykle bywa z książkami dotyczącymi światopoglądu – nie każdemu ta pozycja przypadnie do gustu. Na pewno bez obaw mogą po nią sięgnąć czytelnicy „Tygodnika Powszechnego” oraz katolicy, którym nie pasuje obraz Kościoła wyłaniający się z polityki Radia Maryja, mogą po nią sięgnąć również niewierzący, by przekonać się, że Kościół Katolickie ma też bardziej ludzkie oblicze.

"Lepiej palić fajkę niż czarownice" ks. Adam Boniecki

Wydawnictwo: Znak

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 176 

ISBN: 978-83-240-1914-4

19:44, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 lutego 2012

 

Reportaż Barbary Demick niejednokrotnie sprawiał, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, przerażenia czy niedowierzania. Niby wszyscy wiemy, że w Korei jest źle, ale dopiero prawdziwe historie ludzi, którzy przez to przeszli ukazują straszną rzeczywistość. Prawdziwa wiedza o tym, co dzieje się w Korei Północnej jest praktycznie niedostępna. Zagraniczni goście mogą zwiedzać ten kraj wyłącznie z eskortą i tylko w wybranych miejscach. Przy tym miasta takie są uprzednio oczyszczone z elementu niepożądanego, takiego jak na przykład zbyt wychudzeni ludzie. Oficjalne informacje, jak można przypuszczać, na niewiele się zdają. Dopiero rozmowa z tymi, którzy uciekli z Korei Północnej, daje jakieś wyobrażenie, co tak naprawdę dzieje się w tym kraju.

Bohaterowie reportażu są bardzo różni, to na przykład zagorzała, głęboko wierząca w system komunistka pani Song, młody, dobrze wykształcony i pełen wątpliwości Jun-Sang, czy praworządna obywatelka doktor Kim. Wszystkich poznajemy w zwyczajnych sytuacjach, w pracy, wśród najbliższych, w kinie ze znajomymi, na randkach. Dowiadujemy się, jaka jest historia ich rodzin (co ma w Korei Północnej bardzo duże znaczenie), jak silna jest ich wiara w system, czego oczekują od życia. Widzimy, jak radzą sobie w dramatycznych sytuacjach, jakich wyborów są zmuszeni dokonać, by przeżyć, jak kiełkuje w nich wywrotowa myśl, że być może gdzie indziej będzie lepiej; i wreszcie – jak radzą sobie w nowej rzeczywistości. Ten ostatni element okazał dla mnie sporym zaskoczeniem. Myślałam, trochę naiwnie, że jeśli już komuś uda się uciec, to czeka go niemalże hollywoodzki happy-end. A jednak okazuje się, że aklimatyzacja w zupełnie nowym otoczeniu rzadko przebiega gładko. Nowa ojczyzna (Korea Południowa uważa wszystkich Koreańczyków za swoich obywateli) okazuje się być krajem z zupełnie innej planety – to, czego doświadczają uciekinierzy z Północy to właściwie podróż w czasie. Korea Północna zatrzymała się bowiem na etapie rozwoju lat mniej więcej sześćdziesiątych. Cała technologia, którą się na co dzień posługujemy, czy natrętne techniki marketingowe stanowią dla uciekinierów potencjalne pułapki. Do tego wykształcenie zdobyte na najlepszych północnokoreańskich uczelniach okazuje się nieaktualne i zupełnie nic nie warte. Władze Korei Południowej, które stale szykują się do zjednoczenia obu części, są przygotowane na te problemy i każdego uciekiniera umieszczają na pewien czas w ośrodku adaptacyjnym, w którym przygotowuje się ludzi do życia w kapitalistycznym państwie. Jednak to za mało – potrzeba wielu lat, by „wdrożyć się” w nowe życie. Ale też nie wszystkim to się udaje.

Kiedy niedawno zmarł Kim Dzong Il, wszyscy widzieliśmy w telewizji płaczących obywateli pogrążonych w nieutulonym żalu. Pewnie każdy z nas zastanawiał się, ile w tej żałobie jest szczerości, a ile strachu. Z punktu widzenia przyzwyczajonego do standardów demokracji mieszkańca Zachodu, myślimy: „Dlaczego oni się nie zbuntują?”, „Czy oni nie widzą, jak jest naprawdę?”, „Czy nie zdają sobie sprawy z tego, że są okłamywani?”.  Jednak historie przedstawione w reportażu pokazują, do jakiego stopnia posunięta jest w Korei Północnej indoktrynacja: „Oto przykłady zadań rachunkowych z podręcznika dla pierwszoklasistów: (…) Trzej żołnierze Koreańskiej Armii Ludowej zabili trzydziestu żołnierzy amerykańskich. Jeśli każdy z nich zabił tylu samo żołnierzy, ilu Amerykanów zabił jeden koreański żołnierz?” (s. 143) Przez całe życie, na każdym kroku w podświadomość obywateli są wbijane zasady rządzące reżimem – tego nie da się tak łatwo wyzbyć. Nawet umierający z głodu ludzie nadal pragnęli wierzyć w to, że ich kraj jest najlepszym państwem na świecie, a ich ukochany przywódca – dobrym ojcem.

Książka pomimo przygnębiającego tematu jest lekturą bardzo wciągającą. Długo zastanawiałam się, dlaczego. I doszłam do wniosku, że chyba dlatego, że pokazuje zwyczajnych ludzi, takich jak każdy z nas, z ich zwyczajnymi problemami życia codziennego, tylko że uwikłanych w okrutną historię. W tych surowych, pod czujnym okiem reżimu próbują wieść zwyczajne życie – realizować swoje ambicje, kochać, zakładać rodzinę, wywiązywać się ze swoich obowiązków. Ze smutkiem patrzymy, do czego posuwają się, by ratować życie swoje lub swoich bliskich. Ale czy możemy ich oceniać? Czy my, żyjący w dostatnim świecie, możemy oceniać wybory osób, których najbliżsi umierają z głody? „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono” pisała Wisława Szymborska. Czytając, możemy się jedynie zastanowić, co byśmy zrobili w podobnej sytuacji.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po tę pozycję, nawet jeśli niechętnie sięgacie po reportaże. To na pewno okaże się dobrym początkiem przygody z tym gatunkiem.

 

 „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbara Demick

Przekład: Agnieszka Nowakowska

Wydawnictwo: Czarne

Rok wydania: 2011

Liczba stron: 368

ISBN: 978-83-7536-313-5

 

PS W konkursie World Press Photo 2012 została nagrodzona przejmująca fotografia bośniackiego fotografia Damira Sagolja przedstawiająca budynki w stolicy Korei Północnej. Zdjęcie można zobaczyć pod tym linkiem.

 

22:34, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 02 stycznia 2012

Patrząc na aktywność mojego bloga w minionym roku, aż chce się spytać – co tu podsumowywać? Książek przeczytanych mniej niż rok wcześniej, recenzji jeszcze mniej.

Rok temu pisałam w podsumowaniu roku 2010, że przede mną rok pełen wyzwań i taki rzeczywiście był: przeprowadzka, dziecko, nowa praca – to tylko największe wydarzenia roku 2011. W tym wszystkim, a szczególnie przy opiece nad malutkim dzieckiem i przy dwóch pracach, trudno jest znaleźć czas nawet na czytanie książek, o recenzowaniu nie wspominając.

Jak się okazuje, w 2011 roku przeczytałam zaledwie 29 książek (w poprzednich latach było to zwykle około 45-50). Napoczętych mam obecnie pięć („Światu nie mamy czego zazdrościć” B. Demick, „Zbyt wiele szczęścia” A. Munro, „W ziemiańskim dworze” M. Łozińska, „Ksiądz na manowcach” J. Tischner i „Clash of the kings” G.R.R. Martin). Zaległych recenzji chyba cztery.

Nie potrafię wybrać jednej książki roku, jednak na mojej zeszłorocznej liście lektur jest kilka pozycji, które zapadły mi w pamięć i które polecam jako warte przeczytania. Są to „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier, „Gra o tron” George’a R.R. Martina, „Dom Augusty” Majgull Axelsson, „Czarne mleko” Elif Safak.

Na Nowy Rok postanowień nie robię. No może chciałabym dokończyć pozaczynane książki, przeczytać chociaż część z nieprzeczytanych książek na półkach, odświeżyć parę lektur i nadrobić zaległości z klasyki. Zawsze chcę też czytać więcej ogólnie, czytać więcej po angielsku (w tym roku tylko jedna pozycja!) i zacząć czytać po francusku. No i oczywiście, last but not least, wrócić do regularnego blogowania, ale czy to się uda? Zobaczymy za rok.

 Podsumowanie 2010

Podsumowanie 2009

22:02, kot_kreskowy84
Link Komentarze (2) »
sobota, 26 listopada 2011

Dawno nie było stosiku, ale tym razem nie mogę się oprzeć. Przyniosłam z biblioteki takie fajne książki, że sama nie wiem, od czego zacząć – takie dylematy to ja lubię.

 

1. „Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej” Barbara Demick – wielokrotnie nagradzany reportaż, którym zainteresowałam się po recenzji u Padmy.

2. „Zbyt wiele szczęścia” Alice Munro – nigdy nie byłam zwolenniczką opowiadań, ale podobno kanadyjska pisarka jest najwybitniejszą autorką krótkich form prozatorskich.

3. „Ziemia kłamstw” Anne Ragde – Skandynawia, tajemnice rodzinne, mroczne zakarmarki psychiki – więcej mnie nie trzeba namawiać.

4. „Ksiądz na manowcach” Józef Tischner – z potrzeby ducha.

5. „Najsłynniejsze miłości królów polskich” Jerzy Besala – po szale na Tudorów szukałam czegoś na własnym podwórku, na tę książkę zwróciła moją uwagę bśmietanka.

Jest co czytać!

A dodatkowo w kioskach pojawił się już kolejny numer magazynu „Książki”.

I też jest co czytać!

07:30, kot_kreskowy84 , Stosiki
Link Komentarze (10) »
wtorek, 22 listopada 2011

 

Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobrych książek. Chciałoby się napisać krótko i jasno: „Przeczytajcie, bo naprawdę warto”. Tylko czy to wystarczy, żeby kogoś rzeczywiście zachęcić? Każdy jednak wolałby wiedzieć, dlaczego warto, co takiego jest w tej książce, czego może nie ma w innych. Trudno coś napisać, żeby nie popaść w banały.

Właściwie przed podobnym zadaniem musiała stanąć autorka, Joanna Olczak-Ronikier – jak napisać o Korczaku, żeby nie popaść w banał. Przecież wszyscy wiemy, że wybitny pedagog, że społecznik, że pisarz, że bohater, co tu dodawać? Ano, człowieka. Autorce udało się zachować doskonałą równowagę i nie przechylić się ani w kierunku szkolnych laurek ani w kierunku powszechnego dzisiaj wśród biografów wchodzenia z butami w prywatne życie. Joanna Olczak-Ronikier odsłania pewne tajemnice, czy mniej znane fakty, z życia Henryka Goldszmita, jednak nie zagłębia się w nie, nie drąży, nie docieka.

„Każda historia zawsze się gdzieś zaczyna” („Korczak. Próba biografii”, Joanna Olczak-Ronikier, WAB 2011, s.13) Nie ma sensu opisywać tu jej w skrócie – dość powiedzieć, że życiorys doktora, choć oczywiście jest głównym wątkiem książki, stanowi równocześnie pretekst do pokazania też innych tematów: losów ludności żydowskiej w Polsce, życia w Warszawie w pierwszej połowie XX wieku, a także historii stworzonego przez Korczaka Domu Sierot – a więc także jego wychowanków i współpracowników. Mając w pamięci ostatnie kadry z filmu Wajdy, zdajemy się zapominać o tym, że w Domu Sierot było więcej pracowników i że również za nimi zamknęły się drzwi wagonów jadących do Treblinki: „Heniek – czyli Henryk Azrylewicz, brat Róży, pracownik kancelarii.

Stary Henryk Asterblum – wieloletni księgowy.

Na końcu Stefania Wilczyńska. Podobno to ona dopilnowała, by wzięto kanapki i wodę na drogę.” (tamże, s.433)

 

Podobnie jak w przypadku „W ogrodzie pamięci”, Joanna Olczak-Ronikier zachwyca piękną polszczyzną i umiejętnością snucia opowieści. Wspaniale potrafi połączyć pojedyncze fragmenty rzeczywistości układając je w żywy, malowniczy obraz:

„Miasto było pełne atrakcji. Ulicami maszerowało rosyjski wojsko, grały wojskowe orkiestry, galopowała konnica. Straż ogniowa – chluba Warszawy – gnała do pożaru, a za nią biegli chłopcy z całego miasta. Rumaki z rozwianymi grzywami ciągnęły za sobą wozy strażackie, na których stali strażacy w lśniących, mosiężnych kaskach i podskakiwały beczki napełnione wodą.

Długowłosy pop zmierzał do pobliskiej cerkwi, dostojny rabin w lisiurze di synagogi, zakonnice w śnieżnobiałych kornetach przemykały cichutko do swego klasztoru. Straszyli żebracy w łachmanach, wyciągający pod każdym kościołem rękę po datek. Zachwycały wystawami eleganckie sklepy. U Anczewskiego marcepanowe owoce, jarzyny, szynki, kiełbasy wyglądały jak prawdziwe. U Fruzińskiego można było dostać najlepsze cukierki i czekoladki. W księgarni Hoesicka na rogu Senatorskiej i Miodowej kusiły kolorowymi ilustracjami najnowsze książki dla dzieci” (tamże, s. 53-54)

Przyznaję, że również dla mnie Korczak stanowił wcześniej jedynie pomnik, nawet nie czytałam „Króla Maciusia Pierwszego”. Dzięki tej lekturze nie tylko dowiedziałam się, że Korczak miał wielkie ambicje literackie, że był cenionym lekarzem jeżdżącym na zagraniczne sympozja, że należał do loży masońskiej, ale również poznałam jego niezwykle wartościowe, nowatorskie jak na tamte czasy, teorie dotyczące wychowania dzieci. Szkoda, że dzisiaj półki w księgarniach uginają się od pseudoporadników pisanych przez celebrytki, które urodziwszy jedno dziecko dzielą się ze światem swoją wiedzą na temat wychowywania, a nie można na nich znaleźć pozycji „Jak kochać dziecko”.

Na koniec jednak powiem krótko, to co chciałam powiedzieć od początku: Przeczytajcie, bo naprawdę warto! 

19:00, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 listopada 2011

 

Dopiero co pisałam o skandynawskich kryminałach i o tym, że za kryminałami nie przepadam, a tu voila, sięgnęłam po najpopularniejszego chyba ostatnio skandynawskiego pisarza powieści kryminalnych Henninga Mankella. I, chyba będę odosobniona w swojej opinii, zawiodłam się na tej lekturze.

Sięgnęłam po Mankella po wielokrotnych namowach, a ostatecznie, po recenzji w kwartalniku „Książki”. Fragment recenzji z „The Times”, który znajduje się na okładce („Wciągający, sugestywny thriller, który rozgrywa się w przerażająco mrocznej atmosferze zła”) również zaostrzył mój apetyt na tę książkę. A tymczasem przez połowę książki poważnie rozważałam jej odłożenie, nie znalazłam w niej ani mrocznej atmosfery, ani wciągającego thrillera.

Na odludziu na północy Szwecji zostaje brutalnie zamordowany były inspektor policji Herbert Molin. Morderstwo jest wyjątkowo okrutne, a przy tym ewidentnie drobiazgowo zaplanowane – od użycia gazu łzawiącego, po krwawe ślady na podłodze układające się w kroki tanga. Miejscowej policji w śledztwie prywatnie pomaga Stefan Lindman – dawny współpracownik Molina. Trop prowadzi do czasów drugiej wojny światowej i wstydliwych faszystowskich sympatii niektórych Szwedów. Więcej z fabuły nie mogę zdradzić, żeby nie zepsuć nikomu przyjemności ze stopniowego odkrywania nowych faktów i powiązań.

Po raz kolejny moje zarzuty co do danej pozycji opierają się na niespełnionych oczekiwaniach. Chciałam, żeby mnie porwało, żebym nie mogła się oderwać, żebym zaniedbała inne obowiązki, byle tylko się dowiedzieć „kto zabił i dlaczego”, a tu nic. Śledztwo posuwa się do przodu powoli, policjanci sami wydają się znużeni tym, co robią. Podobnież czytelnik - „Powrót nauczyciela tańca” liczy sobie blisko 550 stron i moim zdaniem jest przegadany i spokojnie dałoby się to samo opowiedzieć na mniejszej liczbie stron (może nawet z korzyścią dla suspensu i rozwoju akcji). Do tego niektóre punkty fabuły wydały mi się trochę naciągane – czy da się w pomieszczeniu, w którym zabiło się człowieka (czyli jest tam dużo krwi) zostawić na tyle wyraźne ślady kroków, by dało się odczytać wzór tanga? Również motyw tego zabójstwa jak i całe zachowanie sprawcy wydawały mi się dziwne (SPOILER: no, żeby jechać z Ameryki Południowej do jakiejś chatki w lesie na północy Szwecji, żeby pomścić morderstwo dokonane kilkadziesiąt lat temu…).

Nie czytałam innych książek Mankella, w ogóle ze skandynawskich „hitów” czytałam tylko „Millenium” i Theorina, a mimo to już mam poczucie, że „to już było”: wyjątkowo brutalne morderstwo, odludzie, motywy faszystowskie. Już od dzieciństwa nudzi mnie, gdy autor buduje swoje książki na podobnym schemacie (tak po trzech książkach o małych dzieciach, które z Indii [lub z Ameryki] trafiają do zimnej, deszczowej Anglii pod opiekę nieczułych i niesympatycznych osób, skończyła się moja przygoda z książkami F.H. Burnett). Dlatego też myślę, że już mi starczy kryminałów skandynawskich.

21:00, kot_kreskowy84 , Książki
Link Komentarze (4) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A teraz czytam
Blogi o książkach
Czytelnicze wyzwania
Księgarnie i biblioteki online
O książkach
Polecam także
Przeczytane w 2012 roku
W 2009 roku przeczytałam
W 2010 roku przeczytałam
W 2011 roku przeczytałam
Dodatki na bloga