wtorek, 09 lutego 2010
„Monopol na zbawienie” Szymona Hołowni to książka (wydana wraz z grą w stylu popularnego Monopoly), która skupia się na wierze chrześcijańskiej, a konkretnie katolickiej. Książka ma bardzo przystępną formę – jej główna część składa się z 36 pytań, na które pewnie można natknąć się na polach planszy (nie wiem, bo kupiłam samą książkę, bez gry). Na każde z tych pytań są 3 odpowiedzi abc, a po nich wyjaśnienie nie tylko dlaczego „a” a nie „b” ale też oferujące szeroki kontekst całego zagadnienia.
Myślę że wbrew temu, co głosi okładka z tyłu, nie jest to książka dla wszystkich. Wydaje mi się, że osoby niewierzące i niezainteresowane religią jako taką (albo osoby wierzące, a też niezainteresowane) nie byłyby skłonne przeczytać 450 stron na temat religii katolickiej. Choć może się mylę…
Jeśli chodzi o mnie, książka do mnie trafiła – lubię wiedzieć więcej, a mam poczucie, że na temat własnej wiary wiem niewiele. Zwłaszcza, że książka obfituje w informacje i ciekawostki dotyczące na przykład historii Kościoła, rytuałów i obrzędów. Przy tym wszystko to jest podane dość „bezboleśnie”. Pewnie dużo osób wie, czego można się spodziewać po Szymonie Hołowni. Ja nie wiedziałam, bo szczerze mówiąc, nigdy nie oglądałam żadnego programu z jego udziałem (nawet „Mam talent”). Dzięki temu, że autor jest młodym człowiekiem, żyjącym tu i teraz, nie odnosi się wrażenia, że ktokolwiek próbuje nas pouczać. Szymon Hołownia prezentuje bardzo zdroworozsądkowe podejście do wiary i Kościoła, na przykład przy okazji omawiania najbardziej kontrowersyjnych zagadnień (np. zapłodnienia in vitro) nie opowiada się kategorycznie po stronie przeciwników, bo uważa, że są takie sytuacje w życiu, których nie da się jasno skategoryzować. Oczywiście nie jest to też jakaś liberalna wizja Kościoła, ale po prostu ludzka – czego często nie widać w szumie debat medialnych a czasami nawet w samych kościołach.
Nieraz jednak styl autora bardzo mnie drażnił – chodzi o miejsca, w których odnosząc się do osób/zjawisk/działań pozostających w sprzeczności z nauką Kościoła, używał pejoratywnych określeń, np. „durne harce” w odniesieniu do jakichś praktyk satanistycznych. Nie żebym broniła satanistów, ale przymiotnik „durny” w poważnej, publicystycznej książce trochę mnie razi. Takich miejsc było w książce kilka.
Mimo to, ogólnie rzecz biorąc, książka bardzo mi się podobała, tym bardziej że chyba po prostu trafiła w dobry czas. Dała mi dużo do myślenia i na pewno będę do niej często wracać.
poniedziałek, 08 lutego 2010
mdl2zaprosiła mnie do udziału w zabawie. Oto moje odpowiedzi:
1. Jaka niedawno przeczytana książka "nie pozwoliła Ci zasnąć" - bo tak mocno wzruszyła, zainspirowała, wystraszyła, albo pobudziła do myślenia? Wiele do myślenia dała mi książka, którą właśnie kończę czytać „Monopol na zbawienie” Szymona Hołowni. Jest to specyficzna książka dotycząca wiary katolickiej, więc na pewno każdemu katolikowi albo każdemu zainteresowanemu religią dałaby do myślenia. Szczegóły wkrótce w recenzji. Jeśli miałabym wskazać kilka książek, które mnie poruszyły to na pewno byłby tam „Piłat” Magdy Szabo, „Biały statek” Ajtmatowa, „Dziewczyna z zapałkami” Anny Janko, „Komu bije dzwon” Hemingwaya (jedyna książka, przy której w dorosłym życiu uroniłam łezkę). Ze strasznych rzeczy to pamiętam, że „Afganistan. Prochy świętych” Radka Sikorskiego nie dawała mi spać, bo przez nią śniły mi się straszne obrazy wojny.
2. Którego autora (może być nieżyjący) chciał(a)byś poznać osobiście i zasypać pytaniami na temat życia, wszechświata i całej reszty? ;-) Najlepiej to pana Boga – na pewno odpowiedziałby na wszystkie takie pytania. A z takich bardziej przyziemnych, to autorów-podróżników, ludzi, którzy wiele widzieli i wiele przeżyli i naprawdę wiedzą coś o tym świecie, czyli na przykład Ryszarda Kapuścińskiego, Wojciecha Cejrowskiego czy wspomnianego wyżej Radka Sikorskiego.
3. Jaką dawno przeczytaną i zapomnianą książkę chciał(a)byś odkryć na nowo, po latach, albo zobaczyć wydaną ponownie w księgarni? Hm, pewnie mam jakieś dawno przeczytane i zapomniane książki, do których warto by było wrócić, ale ponieważ są zapomniane, to trudno mi je sobie przypomnieć ;) Jest za to sporo książek, do których chciałabym wrócić, bo uważam, że za pierwszym razem nie odczytałam ich właściwie. Spora część to szkolne lektury takie jak „Mała apokalipsa” Konwickiego, „Początek” Szczypiorskiego, ale też na przykład „Ojciec chrzestny”.
Moje pytania:
1. Czy czytacie przy jedzeniu? Co wtedy czytacie albo czego nie czytacie? (czasopisma, książki, typ książek)
2. Do jakiej literackiej rzeczywistości chciałabyś/chciałbyś się przenieść?
3. Czy jest taka książka, którą od dawna chcesz przeczytać i uważasz, że powinnaś przeczytać, ale z różnych powodów jeszcze tego nie zrobiłaś?
Do odpowiedzi na te pytania zapraszam: anhellego, ka-millę oraz net.a.a.
czwartek, 21 stycznia 2010
„Sztukmistrz z Lublina” to moje pierwsze spotkanie z noblistą Isaakiem Bashevisem Singerem. I pewnie nie ostatnie, bo książka mnie ujęła.
Jest to opowieść o życiu Jasze Mazura pochodzącego z Lublina sztukmistrza, który zarabia na życie podróżując po Polsce i prezentując różne sztuczki od karcianych, przez otwieranie wszelkich zamków wytrychem, po wyczyny akrobatyczne. Taki wędrowny styl życia nie sprzyja stabilizacji uczuciowej – co prawda Jasze ma w Lublinie żonę Esterę, ale oprócz tego ma kobiety niemal wszędzie, gdzie się znajdzie. Ten stan rzeczy mu szczególnie nie przeszkadzał do czasu aż poznał Emilię, zubożałą arystokratkę z Warszawy, która żąda od niego zaangażowania, konwersji na chrześcijaństwo, ślubu i wyjazdu z Polski. Ale Jasze choć wydaje się bardzo zakochany, sam nie wie, jakie będzie najlepsze wyjście. Nie potrafi się zdecydować, z jednej strony chciałby wyjechać z Emilią, robić karierę za granicą, więc zwodzi ją obietnicami i kłamstwami; z drugiej strony zapewnia swoją asystentkę Magdę, że zawsze będzie o niej pamiętał i że ma na niego czekać; a w ogóle to nie ma serca porzucić Estery, która przez tyle lat cierpliwie znosiła jego wybryki i zawsze służyła wsparciem. Im bardziej Jasza się miota, tym bardziej zaplątują się te nitki losu a kiedy wreszcie podejmuje krok w kierunku dokonania wyboru zrządzeniem losu wszystko sypie się jak domek z kart. Jasze przeżywa stopniowe nawrócenie na wiarę żydowską i dochodzi do wniosku, że spotkała go słuszna kara za dotychczasowe życie.
Sama fabuła może nie wydaje się szczególna, ale to nie jest tylko opowieść o mężczyźnie, który nie potrafi wybrać między wieloma kobietami (swoją drogą to już byłby niezły temat na jakąś komedyjkę). To historia człowieka zagubionego we wszechświecie, nieustannie poszukującego swojego „ja”, istoty swojego życia, istoty świata. Jasze jest człowiekiem, który „myśli za dużo”, i choć nawet chciałby bezkrytycznie przyjmować wiarę tak jak jego żona Estera, niespokojny umysł stawia nowe pytania i pcha do dalszych poszukiwań. Dodatkowo sztukmistrz próbuje znaleźć wytłumaczenie swoich niezwykłych zdolności jednak i to się nie udaje. Szuka odpowiedzi w nauce, szuka odpowiedzi w religii, ale żadna z tych dziedzin nie potrafi w pełni zaspokoić jego potrzeby wiedzy. Jasze wpada ze skrajności w skrajność, raz modli się gorliwie w synagodze, składając śluby, zaraz po wyjściu z niej kusi go świat i wiara blednie. Nawet kiedy już jako pustelnik odpokutowuje swoje życie nie opuszczają go wątpliwości, ani nie potrafi odgonić od siebie myśli o wielkim świecie, o miłości, o sławie.
Singer jest nie tylko wnikliwym badaczem ludzkiej natury, potrafi także doskonale oddać realia tamtych czasów. Szczególnie podobały mi się opisy XIX-wiecznej Warszawy oraz fragmenty dotyczące praktyk religijnych judaizmu.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Jak to jest, że najpierw książka jakoś nie może mnie wciągnąć, nie czuję potrzeby wracania do niej, a nawet rozważam jej porzucenie, a potem nagle za jednym zamachem czytam 250 stron i kończę ją w ciągu dwóch dni? Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, wiem natomiast, że „Dom duchów” to jedna z lepszych książek, jakie przeczytałam.
Wbrew tytułowi nie jest to żaden horror ani nawet thriller ani właściwie nic o samych duchach. Uważam, że wyjątkowo lepiej przetłumaczono tytuł filmu na podstawie tej powieści – „Dom dusz”. Ten tytuł znacznie lepiej oddaje to, o czym mowa jest w książce, czyli nieustanną, wyczuwalną obecność tych, którzy już odeszli. I nie są to duchy, które straszą, tylko takie, które raczej pomagają i wspierają, nie narzucając się swoją obecnością. „Dom duchów” to książka zahaczająca o nurt realizmu magicznego, w której to, co nadprzyrodzone (niezwykłe zdolności Clary) współistnieje ze światem rzeczywistym.
„Dom duchów” to historia pewnej rodziny. Opowiada ją po części Esteban Trueba – mąż, ojciec i dziadek, oraz głównie, na podstawie pamiętników babki (żony Estebana), jego wnuczka Alba. Esteban Trueba to człowiek gwałtowny, nerwowy, gniewny i surowy. Jest źródłem cierpienia dla otaczających go osób, a także dla samego siebie. Opisy wpadającego w szał Estebana, dzięki żywemu językowi autorki, były tak sugestywne, że sama zaczynałam odczuwać niepokój. Mimo, że to właśnie wokół Estebana kręci się historia tej rodziny i książka kończy się właściwie wraz z jego śmiercią, tak naprawdę jej głównymi bohaterkami są kobiety, które otaczały Estebana. Trzy pokolenia: żona, córka i wnuczka - Clara, Blanca i Alba. Wszystkie imiona nawiązują do jasności i światła, ponieważ kobiety w tej rodzinie miały szczególny metafizyczny dar, szczególnie Clara, która potrafiła zobaczyć przyszłe zdarzenia, porozumieć się z duchami czy przesuwać przedmioty za pomocą wzroku. Wszystkie te kobiety doświadczyły cierpienia (przede wszystkim ze strony Estebana), lecz ich postawa wobec niełatwego życia daje do zrozumienia, że najtragiczniejsze chwile można przetrwać tylko dzięki pogodzie ducha i nie rozpamiętywaniu złego. Jak pisze na koniec dorosła Alba: Podejrzewam, że to wszystko, co się wydarzyło, nie jest dziełem przypadku, lecz jest zgodne z moim przeznaczeniem, które zostało określone nim się urodziłam (…). Każdy element ma w sobie rację bytu (…) [wyd. Muza 1998, s.523-524] Mimo cierpienia i złych wydarzeń, jakie miały miejsce w rodzinie Trueba oraz mimo niełatwej sytuacji politycznej wokół, przesłanie książki pozostaje optymistyczne. Po lekturze ma się poczucie jakiegoś ciepła i spokoju, może to właśnie te duchy tak działają?
Walorem książki jest również świetne przedstawienie sytuacji politycznej Chile na przestrzeni kilkudziesięciu lat – od lat początków XX wieku po pucz i przejęcie władzy przez juntę wojskową w 1973 roku. Po raz kolejny przekonuję się, że dobrze napisana literatura beletrystyczna może zdziałać więcej niż niejeden podręcznik historii.
Z wielką chęcią obejrzę film, jeśli uda mi się go gdzieś zdobyć.
piątek, 15 stycznia 2010
Autorka bestsellerowej serii „Nad rozlewiskiem” wraca do czasów swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Z fotograficzną dokładnością odtwarza, kto mieszkał w całej klatce, jak wyglądał, kim był itp. co jest tym bardziej godne podziwu, że na Międzynarodowej 53 mieszkała tylko kilka lat – ja bym na pewno tyle nie zapamiętała :)
Właściwie ta książka ma dwie zalety, które w zależności od tego, czy trafią na podatny grunt, przesądzają o tym, czy książka się podobała, czy nie. Pierwszą zaletą, dla osób zainteresowanych samą autorką, mnóstwo informacji dotyczących jej życia, jej przyjaciół, rodziny itp. (np. okazuje się, że autorka chodziła do szkoły z Tomaszem Stockingerem, w którym kochały się wszystkie dziewczyny, a języka polskiego nauczał młody polonista, bardzo przystojny Ryszard Rembiszewski). Ta cecha akurat do mnie nieszczególnie trafia, a nawet niektóre momenty przeskakiwałam (szczegółowa charakterystyka sąsiadów z klatki, pamiętnik matki – swoją drogą, czy mama chciałaby, żeby jej pamiętnik był tak opublikowany?).
Druga zaleta, dla osób w wieku ok. 25+, to wspomnienia z epoki PRLu. Mamy tu wszystko od kartek na żywność, przez brak paszportów, dolary i inne towary szmuglowane zza granicy, grające pocztówki, własnoręcznie farbowane koszulki, obozy sportowe TKKF, małe mieszkanka w nowych blokach (to nam do dziś zostało, tylko że teraz to są stare bloki), chleb z wodą i cukrem na wakacjach i wiele, wiele innych. W tej kwestii książka dużo bardziej mi się podobała, choć jestem jednak za młoda, żeby mieć takie wspomnienia. Ale kiedy pomyślę o tym, co mi nieraz rodzice opowiadali o swojej młodości, to na pewno dla nich jest to wspaniały powrót do przeszłości. Bo przecież tu nie chodzi o politykę, o to czy w PRLu było lepiej, czy gorzej, tylko chodzi o to, że wtedy było się młodszym, że się nie miało takich problemów na głowie, że się było radosnym i beztroskim. Myślę, że za tym tęsknią ci, którzy z uśmiechem wspominają teraz nawet stanie w długaśnych kolejkach. Mnie natomiast w tej książce rozrzewnił opis pewnej zabawki dla dzieci: „ Pod planszami były przewody, bateria i żaróweczka, w rękach trzymało się metalowe pałeczki w oprawce z ebonitu i po dotknięciu odpowiedzi na dane pytania, żarówka świeciła się lub nie.” [s.195] Też miałam taką grę! Ale zupełnie nie pamiętam, jaka to była gra… Mam mgliste wrażenie, że coś z samochodami, jakby test z przepisów drogowych albo coś takiego :) Dla mnie takich „wspomnień” w książce nie było wiele, ale po radosze jaką mi sprawiły, mogę się tylko domyślać, jak się spodoba równolatkom autorki.
Co do strony literackiej, styl jest bardzo potoczny, mniej jak literatura, a coś bardziej jak pogaduszki o dawnych czasach. Zresztą styl jest zupełnie taki sam jak w „Rozlewiskach”, co dla jednych może być wadą, a dla innych zaletą. Mnie nie przeszkadzało.
|
|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
Zakładki:
A teraz czytam
Blogi o książkach
Czytelnicze wyzwania
Księgarnie i biblioteki online
Polecam także
Strony o książkach
W 2010 roku przeczytałam
W roku 2009 przeczytałam
|