Moje podróże po literaturze
Blog > Komentarze do wpisu

Połówka żółtego słońca

Ta książka mnie onieśmielała. Czytałam o niej tyle dobrego, że paradoksalnie zaczęłam odwlekać jej czytanie, z obawy, że jej nie zrozumiem albo że, co gorsza, się nią rozczaruję. I tak sobie leżała i leżała, aż nadszedł termin zwrotu do biblioteki. Po drodze do biblioteki zaszłam na pocztę, gdzie, jak to zwykle na poczcie, była spora kolejka. Z braku innych lektur zaczęłam czytać pierwsze strony „Połówki żółtego słońca” i tak mi się spodobało, że do biblioteki poszłam ją tylko przedłużyć. Przez kilka dni z trudem się od niej odrywałam, absorbowała moje myśli, a nawet sny (niestety nie były to przyjemne sny, ale książki o wojnie tak na mnie czasem działają). Jest to jedna z najlepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałam. Dała mi bardzo dużo do myślenia i wzbudziła wiele emocji. Nie wiem, czy uda mi się wszystko tutaj opisać, ale będę próbować.

Na samym początku poznajemy Ugwu. Ugwu jest młodym chłopakiem z wioski, któremu ciocia załatwiła posadę służącego w domu w mieście. Ugwu dobrze trafił. Jego pan Odenigbo jest wykształconym człowiekiem, pracownikiem uniwersyteckim, u którego w domu odbywają się spotkania poświęcone dyskusjom naukowym i politycznym. Z czasem do tej dwójki bohaterów dołącza Olanna (swoją drogą piękne imię!), wyjątkowo piękna młoda kobieta, która wiąże się z Odenigbem, oraz jej siostra bliźniaczka (choć zupełnie do niej niepodobna ani z wyglądu, ani tym bardziej z charakteru) niedostępna i sarkastyczna Kainene wraz ze swym adoratorem Richardem, Anglikiem zafascynowanym dawną sztuką ludową ludów Ibo i Ukwu. Ich losy poznajemy na tle politycznych przemian, a w końcu tragicznej wojny.

Akcja książki toczy się w Nigerii w latach 60. XX wieku. Nigeria uzyskała niepodległość od Wielkiej Brytanii w 1960 roku jako republika federalna złożona z trzech federacji: wschodniej, zachodniej i północnej. W 1966 roku doszło do zamachu stanu sprowokowanego przez ludzi pochodzących z ludu Ibo (z którego wywodzą się  nasi bohaterowie, z wyjątkiem Richarda oczywiście). Zamach nie powiódł się zgodnie z planem i na członków całego ludu Ibo spadły straszne represje, a raczej brutalny odwet. W masakrach ginęły tysiące ludzi, zaczęły się migracje, wszystkie osoby pochodzące z ludu Ibo zaczęły zmierzać na swoje rodzinne tereny, gdzie narastała wola secesji od Nigerii. Tak się też stało – w 1967 roku powstała niepodległa Republika Biafry, kraj wschodzącego słońca, na którego fladze widniała połówka żółtego słońca. Nigeria jednak nie chciała się pogodzić z tą secesją i, wspierana przez rządy państw zachodnich, prowadziła wojnę przeciwko nowo powstałemu państwu. Wojna ta pochłonęła miliony ofiar i zakończyła się zwycięstwem Nigerii w 1970 roku.

Na tym tle toczy się życie zwyczajnych ludzi. Najpierw w bogatej willi z wieloma pokojami, osobną służbówką, salonem, gabinetem pełnym książek, kuchnią z pełną lodówką, willi zamieszkałej przez kochającą się parę z oddanym służącym i gronem wykształconych przyjaciół. Potem w miarę negatywnego rozwoju sytuacji życie zaczyna toczyć się w coraz mniejszych domach, w coraz trudniejszych warunkach, aż w końcu okazuje się, że nasi bohaterowie mieszkają w baraku z jedną kuchnią i łazienką, że ich dziecko płacze, bo mama nie pozwoliła jej zjeść jaszczurki, że dotychczas silnego mężczyznę przerasta sytuacja i ukojenie znajduje w alkoholu. Obserwujemy to z szeroko otwartymi oczami, bo zdajemy sobie sprawę, że to mogłoby spotkać każdego z nas. Póki co mieszkamy sobie w przyjemnych mieszkaniach, opływając w dobra, o których nawet nie pomyślimy, że są luksusowe (mydło, sól, mleko w proszku). A wystarczy jakaś iskra, która wywołałaby konflikt zbrojny i ani byśmy się obejrzeli a mieszkalibyśmy w prowizorycznych namiotach i jedli cokolwiek dałoby się znaleźć. To jest trochę truizm, przecież wszyscy wiemy, że wojna jest straszna, że ludzie cierpią głód i choroby. Ta książka otwiera oczy czytelnikowi z Europy. Autorka potrafi tak tchnąć życie w stworzone przez siebie postaci (które są stworzone na wzór rzeczywistych osób), że nawiązuje się prawdziwa więź między nimi a czytelnikiem. Naprawdę czuje się jakby się TAM było, odczuwa się dumę Ugwu, kiedy jego pan go chwali, odczuwa się żal Olanny, kiedy nie układa jej się z mężem, czuje się strach Richarda, kiedy na lotnisku jest świadkiem morderstwa strażnika, z którym przed chwilą rozmawiał. Ta książka jest pełna emocji, które nie dają spokoju wyobraźni czytelnika.

A przeważającą emocją dla mnie podczas czytania tej książki był wstyd. Po pierwsze wstyd za to, że nawet nie wiedziałam o takiej wojnie. Że dla mnie wszystkie konflikty w Afryce zlewają się w jedno doniesienie prasowe. Po drugie wstyd za ludzi, którzy mimo że o tym wiedzieli, nie potrafili zatrzymać się nad tym ogromem cierpienia. Jak fikcyjny amerykański dziennikarz z książki, który odwiedza obóz dla uchodźców w Biafrze:

„ Powietrze było ciężkie od zapachu zgnilizny. Grupka dzieciaków piekła dwa szczury nad ogniem.

- O Boże… - Gruby zdjął kapelusz i tylko patrzył przed siebie.

- Czarnuchy nigdy nie byli zbyt wybredni, jeśli chodzi o jedzenie – mruknął rudowłosy.” (s.443)

Świat milczał, kiedy myśmy umierali – taki tytuł nosi książka, która Ugwu napisał o wojnie w Biafrze. To chyba jest najlepsze podsumowanie całej tej historii. Najlepsze, ale też bardzo smutne. Postarajmy się nie milczeć.

wtorek, 22 czerwca 2010, kot_kreskowy84

Polecane wpisy

  • Lepiej palić fajkę niż czarownice

    „Z przeprowadzonych przez nas w ubiegłym roku badań rynku prasy wynika, że przedstawiciele młodej inteligencji, określający się jako wierzący i praktykują

  • Światu nie mamy czego zazdrościć

    Reportaż Barbary Demick niejednokrotnie sprawiał, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, przerażenia czy niedowierzania. Niby wszyscy wiemy, że w Korei jest ź

  • Korczak. Próba biografii

    Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobr

Komentarze
2010/06/22 19:52:37
Dzięki za tę recenzję. Piękna bardzo.
Dużo dobrego czytałam o tej książce, ale nie byłam przekonana (mnie też wydawało się dotąd, że będzie dla mnie za trudna / za nudna). Dopiero teraz, po Twoim wpisie, wiem, że powinnam się jednak rozejrzeć za 'Połówką żółtego słońca"... Dzięki.
-
2010/06/23 00:25:57
Czytałam ją już rok temu, ale zapadła mi w pamięć. Bardzo trafna uwaga, że wywołuje wstyd - dokładnie to samo czułam czytając, wstyd za to, że nawet nie miałam pojęcia o tej wojnie, że Afryka zlewa mi się w jakieś telewizyjne migawki z kolejnych wojen.
Ale pytanie, co i ile mieszkańcy Afryki wiedzą np. o konflikcie bałkańskim, murze berlińskim itp. sprawach, które dla nas w Europie są/były istotne. Może świat jest po prostu jednak za duży, żeby można było ogarnąć wszystkie konflikty i nieszczęścia i rozkładać współczucie i uwagę po równo?
-
padma
2010/06/23 16:11:38
Ja również odczuwałam wstyd, czytając tę książkę, i szok, że to w ogóle możliwe, że nic o tym nie wiem, nikt mnie tego nie uczył, a to było tak niedawno... Piękna recenzja pięknej książki, na pewno nie za trudnej! To świetnie napisana, wciągająca historia:)
-
Gość: mary, *.rev.inds.pl
2010/06/23 20:32:08
ach. musze sie wreszcie za nią zabrać...
cudna recenzja
-
Gość: Futbolowa, *.realestate.net.pl
2010/06/24 14:36:02
Nie słyszałam dotąd o tej pozycji, ale Twoja recenzja sprawiła, że mam ochotę nabyć ją tu i teraz i z miejsca pochłonąć. Pora dodać do listy :)
-
chihiro2
2010/06/24 17:16:59
Do mdl2: Wiedza zaskakujaco czasem duzo. W wielu krajach anglo- i francuskojezycznych dzieci i mlodziez nauczane sa przede wszystkim historii Europy i ich wlasnego kraju. Moga nie wiedziec tak wiele o innych krajach afrykanskich, ale o Europie wiedza sporo. Niektore kraje byly zaprzyjaznione np. z Polska, do Polski jezdzili i nadal jezdza afrykanscy studenci, niemal kazdy zna kogos albo ma kogos w rodzinie, kto ksztalcil sie lub mieszka w Europie czy USA, wiec sila rzeczy zainteresowanie realiami obcych kontynentow jest spore. Inaczej jest juz z zainteresowaniem Ameryka Poludniowa, to w dalszym ciagu kontynent stosunkowo hermetyczny i w skali swiata niewiele osob emigruje tam.
A "Polowke zoltego slonca" musze wreszcie przeczytac!
-
renbor1
2010/07/01 07:50:19
Witaj,
zajrzałam do Ciebie niesiona świeżymi wrażeniami z lektury. Teraz mam w głowie przede wszystkim szacunek dla Adichie. Za mierzenie się z trudnymi tematami (tragedia Biafry pozostaje, jak zauważyłaś, poza świadomością świata) i przedstawianie ich głęboko, wieloaspektowo, a zarazem komunikatywnie dla laików. Tak często mówimy, że polska historia (i współczesność) jest zbyt hermetyczna, by zrozumiał nas ktoś spoza kręgu. A rzecz w talencie - Adichie przybliża Nigerię (i Biafrę), Satrapi w komiksie oddaje skomplikowane tło życia w Iranie ("Persepolis")... można więc, ale to jest sztuka, by przy takim temacie tworzyć literaturę, nie publicystykę.

Niełatwo spisać wrażenia po takiej czytelniczej wyprawie. A w Twoim tekście mogę się przejrzeć. Ogarnąć całości nie sposób. Żadna z nas nie pisała o kompozycji, a ona - choć nie awangardowa- jest bardzo przemyślana. To przeskoczenie o kilka lat i powrót, uruchomienie kilku perspektyw narracji, świetny pomysł na Ugwu i na Anglika, obaj znacznie rozszerzają krąg obserwacji. Świetna rzecz, naprawdę.

Pozdrawiam
ren
-
2010/07/01 15:37:50
Dziękuję Wam za miłe słowa i pragnę się pochwalić, że tę recenzję doceniła rownież Biblionetka przyznając mi nagrodę za najlepszą recenzję w swoim stałym konkursie :D
Dodatki na bloga