Moje podróże po literaturze
Blog > Komentarze do wpisu

Fikołki na trzepaku

Autorka bestsellerowej serii „Nad rozlewiskiem” wraca do czasów swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Z fotograficzną dokładnością odtwarza, kto mieszkał w całej klatce, jak wyglądał, kim był itp. co jest tym bardziej godne podziwu, że na Międzynarodowej 53 mieszkała tylko kilka lat – ja bym na pewno tyle nie zapamiętała :)

Właściwie ta książka ma dwie zalety, które w zależności od tego, czy trafią na podatny grunt, przesądzają o tym, czy książka się podobała, czy nie. Pierwszą zaletą, dla osób zainteresowanych samą autorką, mnóstwo informacji dotyczących jej życia, jej przyjaciół, rodziny itp. (np. okazuje się, że autorka chodziła do szkoły z Tomaszem Stockingerem, w którym kochały się wszystkie dziewczyny, a języka polskiego nauczał młody polonista, bardzo przystojny Ryszard Rembiszewski). Ta cecha akurat do mnie nieszczególnie trafia, a nawet niektóre momenty przeskakiwałam (szczegółowa charakterystyka sąsiadów z klatki, pamiętnik matki – swoją drogą, czy mama chciałaby, żeby jej pamiętnik był tak opublikowany?).

Druga zaleta, dla osób w wieku ok. 25+, to wspomnienia z epoki PRLu. Mamy tu wszystko od kartek na żywność, przez brak paszportów, dolary i inne towary szmuglowane zza granicy, grające pocztówki, własnoręcznie farbowane koszulki, obozy sportowe TKKF, małe mieszkanka w nowych blokach (to nam do dziś zostało, tylko że teraz to są stare bloki), chleb z wodą i cukrem na wakacjach i wiele, wiele innych. W tej kwestii książka dużo bardziej mi się podobała, choć jestem jednak za młoda, żeby mieć takie wspomnienia. Ale kiedy pomyślę o tym, co mi nieraz rodzice opowiadali o swojej młodości, to na pewno dla nich jest to wspaniały powrót do przeszłości. Bo przecież tu nie chodzi o politykę, o to czy w PRLu było lepiej, czy gorzej, tylko chodzi o to, że wtedy było się młodszym, że się nie miało takich problemów na głowie, że się było radosnym i beztroskim. Myślę, że za tym tęsknią ci, którzy z uśmiechem wspominają teraz nawet stanie w długaśnych kolejkach.
Mnie natomiast w tej książce rozrzewnił opis pewnej zabawki dla dzieci: „ Pod planszami były przewody, bateria i żaróweczka, w rękach trzymało się metalowe pałeczki w oprawce z ebonitu i po dotknięciu odpowiedzi na dane pytania, żarówka świeciła się lub nie.” [s.195] Też miałam taką grę! Ale zupełnie nie pamiętam, jaka to była gra… Mam mgliste wrażenie, że coś z samochodami, jakby test z przepisów drogowych albo coś takiego :) Dla mnie takich „wspomnień” w książce nie było wiele, ale po radosze jaką mi sprawiły, mogę się tylko domyślać, jak się spodoba równolatkom autorki.

Co do strony literackiej, styl jest bardzo potoczny, mniej jak literatura, a coś bardziej jak pogaduszki o dawnych czasach. Zresztą styl jest zupełnie taki sam jak w „Rozlewiskach”, co dla jednych może być wadą, a dla innych zaletą. Mnie nie przeszkadzało.

piątek, 15 stycznia 2010, kot_kreskowy84

Polecane wpisy

  • Lepiej palić fajkę niż czarownice

    „Z przeprowadzonych przez nas w ubiegłym roku badań rynku prasy wynika, że przedstawiciele młodej inteligencji, określający się jako wierzący i praktykują

  • Światu nie mamy czego zazdrościć

    Reportaż Barbary Demick niejednokrotnie sprawiał, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, przerażenia czy niedowierzania. Niby wszyscy wiemy, że w Korei jest ź

  • Korczak. Próba biografii

    Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobr

Komentarze
anhelli-anhelli
2010/01/15 22:36:40
Wniosek nasuwa się prosty... prawdopodobnie większość autorka zmyśliła :) Ach ta radosna twórczość :)-

pozdrawiam serdecznie :)
-
2010/01/15 22:49:43
Fajna recenzja :) A tę grę to ja też miałam, z tym świecącym czymś :))
-
2010/01/15 23:00:42
Była taka gra z żarówką świecącą, gdy kabelkami dotknęło się dwóch pasujących do siebie pól. Różne plansze a spód z okablowaniem i żarówką wspólny, więc wystarczyło zapamiętać położenie na planszy pól tworzących pary, żeby wiedzieć co do czego pasuje zdaniem twórców (czasem tak było prościej:)...
Tak trochę plotkarsko i wspomnieniowo, jakby posłuchać mamy czy babci co tam pamiętają, a niekoniecznie jak naprawdę się czuły wtedy; może się skuszę;)))
-
Gość: 15-ka, *.home.aster.pl
2010/02/07 18:01:34
Ta gra nazywała się "Mózg elektronowy", też taką miałem. A wspomniany Ryszard Rembiszewski był moim wychowawcą i uczył mnie polskiego, a potem przez wiele lat prowadził w tvp losowanie lotto i koncert życzeń
Dodatki na bloga