Moje podróże po literaturze
Blog > Komentarze do wpisu

Srebrna zatoka

Zanim sięgnęłam po tę książkę przeczytałam kilka recenzji na spokrewnionych blogach. Recenzje były skrajnie różne. Co ciekawe, to, co dla jednych było największą zaletą tej książki, dla innych okazywało się wadą. Zaczynając więc lekturę z grubsza wiedziałam, czego się spodziewać, a nawet, niestety, domyślałam się zakończenia.

Pokrótce opowiem, o czym jest „Srebrna zatoka”. Mike Dormer to typowy yuppie – młody, ambitny, szybko awansujący w dużej firmie, w dodatku zaręczony z córką szefa. W ramach researchu pod wielką inwestycję, jedzie do Australii do tytułowej Srebrnej Zatoki. Jego firma ma tu w planach postawienie ogromnego kompleksu hotelowo-sportowego dla bardzo bogatych ludzi, pragnących niebanalnej rozrywki w niebanalnym miejscu. Oczywiście nietrudno przewidzieć, że mieszkańcy spokojnej okolicy nie będą zachwyceni taką perspektywą. Mike zamieszkuje na czas prowadzenia rozmów w małym rodzinnym hotelu Silver Bay Hotel, który prowadzi 76-letnia Kathleen z pomocą swojej siostrzenicy i jej córeczki. Przez 3 tygodnie Mike w tajemnicy przed nowymi znajomymi prowadzi swój research, jednak przebywając z miejscowymi ludźmi i poznając ich tryb życia oraz tryb życia wielorybów i delfinów, które są utaj największą atrakcją, zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości co do słuszności tej inwestycji. Szczególnie, że coraz bardziej podoba mu się spokojne życie w nadmorskiej wiosce i … siostrzenica Kathleen, za którą ciągnie się jakiś dramat z przeszłości.

Powiedzmy sobie od razu, że ta książka nie jest literaturą najwyższych lotów, ale ja uważam, że jest to porządne czytadło na wakacyjny (i nie tylko) czas. Jest tu sporo zaskakujących zwrotów akcji, szczególnie tak od połowy książki. Wychodzi to powieści na dobre, ponieważ chwilami już miałam wrażenie, że już wszystko jasne i byle dotoczyć się do końca, a tu jednak nie. Spodobało mi się umiejscowienie akcji książki, byłam kiedyś w podobnym miejscu, co prawda nie w Australii, ale w Szkocji, ale „czuję te klimaty”.
Na minus mogę zapisać to, że rzeczywiście chwilami miałam wrażenie, że to wszystko toczy się trochę jak w bajce, albo przynajmniej w telenoweli, gdzie po licznych perypetiach, jednak i tak wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Tylko czy to rzeczywiście jest taka wada?

Podsumowując zaliczam się raczej do tej grupy, którym „Srebrna zatoka” się podobała. I już :)

PS. Niniejszym wypełniłam swoje „Kolorowe wyzwanie”. Jednak na półce stoi jeszcze „Czarny ogród” Małgorzaty Szejnert, który potraktuję jako bonus do tego wyzwania :)


niedziela, 09 sierpnia 2009, kot_kreskowy84

Polecane wpisy

  • Lepiej palić fajkę niż czarownice

    „Z przeprowadzonych przez nas w ubiegłym roku badań rynku prasy wynika, że przedstawiciele młodej inteligencji, określający się jako wierzący i praktykują

  • Światu nie mamy czego zazdrościć

    Reportaż Barbary Demick niejednokrotnie sprawiał, że otwierałam szeroko oczy ze zdumienia, przerażenia czy niedowierzania. Niby wszyscy wiemy, że w Korei jest ź

  • Korczak. Próba biografii

    Przeczytałam tę książkę już jakiś czas temu, jednak trudno mi napisać jej recenzję. Po raz kolejny przekonuję się, że niełatwo przychodzi opisywanie bardzo dobr

Dodatki na bloga